Szukaj na stronie...

Logowanie






Nie pamiętasz hasła?
08.09.2005 Warszawa


Koncert w Radiowej Trójce w niedzielę 18.09.05, a ja w czwartek jeszcze nie wiem: jadę czy nie jadę? Miało mnie tam nie być, nie planowałam wcale jechać z wielu względów, potem nastąpiły następne przeszkody, ale za to ja przemyślawszy sprawę coraz bardziej chciałam pojechać. Udało się,  "with a little help of my friend". Dzięki jeszcze raz;) I dobrze, że się udało, bo moja  "prawa ręka"  i  "świetne pióro", czyli Agnieszka T. niestety  się rozchorowała i nie mogła pojawić się na Myśliwieckiej.


Trójka -  legenda -  wspomnienia. Dziś już trochę inna, ale ciągle jakiś sentyment do tego miejsca pozostał. W dniu koncertu Krzysztofa w Trójkowym Ogródku był także "dzień otwarty" dla słuchaczy. Można było wejść do studia, wszystko obejrzeć, pogadać z radiowcami, a nawet  powystępować . Z tej okazji skorzystała Asia z Fan Clubu jednak nie mogąc do końca przecierpieć tych właśniewystępów urwała się wcześniej z wycieczki, co niestety okupiła brakiem trójkątnego kubkaTrójki, który na koniec dopiero otrzymywali wszyscy uczestnicy. Faktycznie szkoda, bo nie można sobie tych oryginalnych kubków kupić.
 
Miałam okazję być nieco wcześniej w Trójce. Trochę przysłuchiwałam się próbie. To nie jest aż tak ciekawe: więcej techniki niż muzyki. Tym niemniej udało mi się zasłuchać w piękną balladę Franka Sinatry "There' s One For My Baby"  (przepraszam jeśli przekręciłam tytuł).  Potem poszłam grzać się trochę w holu i dotrzymać towarzystwa Asi, która nie była "Vipem"  jak ja (miałam taki identyfikatorTrójki -  niestety do zwrotu był) i nie chcieli jej wpuścić do ogródka w trakcie próby.Powoli, powoli nadciągać zaczęła "wspaniała trójkowa publiczność". W większości ludzie młodzi i bardzo młodzi. Przybyła też w końcu dalsza część naszej fanclubowej ekipy, czyli: Ania i  Iza z Warszawy, Gosia i  Agnieszka z Radomia. Gdzieś jednakże zapodziała nam się Marysia, w każdym razie na koncercie była, jak się potem okazało.
 
Było dość chłodno, ale nie aż tak źle. Stwierdziłyśmy, że lepiej i cieplej będzie jak będziemy stać i ulokowałyśmy się z lewej strony sceny.  Koncert był transmitowanyna żywo w Trójce, acz nie w całości jak to zwykle bywa z koncertami w Trójce, gdyż jest na to tylko godzina czasu antenowego. Po serwisie,  zapowiedziano Krzysztofa i jego zespół. Atmosfera w Ogródku była przytulna (jak ktoś miał do kogo to się przytulał:)) i ciepła mimo chłodu jeszcze przed rozpoczęciem koncertu.

Natomiast w momencie pojawienia się na scenie muzyków i głównego Bohatera Wieczoru serca rozgrzewały się coraz bardziej nie pozwalając pamiętać o jesiennym chłodzie wokół. Podobnie jak w Krakowie koncert rozpoczęło Intro połączone z piosenką  "I don'tknow where life' s going" I podobnie jak tam Krzysztof wystąpił w ulubionym przez nas zestawie jeansowo -  marynarkowym. Usłyszeliśmy standardowy zestaw piosenek z In the Room wymieszanych z utworami Franka Sinatry i oczywiście na deser nasza NAJ -  Kołysanka . Nie będę owijać w bawełnę: to był najlepszy koncert jaki widziałam! Było mnóstwo obaw, zarówno ze strony Krzysztofa, jak i Trójki, sama też zastanawiałam się jak to w końcu zabrzmi. I zabrzmiało: REWELACYJNIE! W dodatku, ośmielę się stwierdzić: Krzysztof z koncertu na koncert jest coraz bardziej żywiołowy i nawet taką sytuację jak pominięcie Witka, przy przedstawianiu zespołu (na co mu w końcu nie pozwolił spontaniczny protest publiczności) potrafi
zgrabnie obrócić w żart. Witek mógł się poczuć nieszczególnie, przez chwilkę, ale to musiało też być z kolei przyjemne jak bardzo ujęła się za nim publiczność.

Wracając do sedna, czyli do muzyki, muszę stwierdzić, że niezmiennie  ten klimat, który nasz  "Słowik"  potrafi stworzyć na scenie i takie ciut inne w odcieniu utworyz In the Room w wersji koncertowej potrafią uskrzydlić najbardziej upadłego na duchu. Po raz kolejny byłam po prostu oczarowana. Podobnie jak ta cudowna publiczność, która wyrażała to gorącymi owacjami po każdej piosence. Muzycy również byli tego wieczoru świetni. Trudno kogokolwiek wyróżniać, ale tak od siebie i zupełnie subiektywnie napiszę, że zawsze czekam na solówki pianisty Piotra Matuszczyka i Witka oczywiście.Jakimś cudem to niby zimne miejsce przemieniło się za sprawą ciepłych dźwięków w bardzo kameralne i przytulne, a absolutnie niepowtarzalna nuta radości pozostała w naszych sercach i chyba ciągle tam jest? Przynajmniej  u mnie tak.

Po koncercie tradycyjne autografy i tradycyjna już też pogawędka z Witkiem w międzyczasie oczekiwania na Krzysztofa. Witek przedstawił nam swoją żonę, przesympatyczną kobietę, która również włączyła się do naszej rozmowy. Kiedy Krzysztof był już wolny udaliśmy się do pobliskiego "Kredensu",  żeby trochę porozmawiać przy zbawiennej, gorącej herbacie. Odłączyły się w tym momencie od naszej grupy Gosia i Agnieszka, które musiały
jeszcze pokonać 100 km do Radomia.

 

 

Trochę zabawna sytuacja (bynajmniej nie dla prowadzących lokal): przesiedzieliśmy tam godzinę, kiedy to właściwie lokal był juz zamknięty. Nikt nie zwrócił nam uwagi (może ze względu na Krzysztofa, nie wiem), przeciwnie bardzo miło nas obsłużono. Ta pomyłka wynikała z błędnie odczytanych przez nas godzin otwarcia lokalu. I tu muszę z przykrością stwierdzić: tak jak Kraków nigdy nie śpi, tak Warszawa niestety chodzi regularnie spać ok. 23 i trudno jest znaleźć, zwłaszcza w niedzielę miejce otwarte nieco dłużej. Szkoda. W końc to stolica, którą - o dziwo -  zaczynam na nowo coraz bardziej lubić.

Tak mniej więcej kończy się moja "trójkowa" opowieść. Możemy tylko sobie życzyć coraz więcej takich koncertów rozgrzewających serca na długo. Dzięki Krzysztof za to i za wszystko;)

 

(Monika S.)

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Joomla Templates by Joomlashack