Szukaj na stronie...

Logowanie






Nie pamiętasz hasła?
Aktualności arrow Relacje arrow Festiwale arrow 07.11.2005 Wrocław
07.11.2005 Wrocław

 

"Nie opłaca się jechać" -   powiedział do mnie Krzysztof na kilka dni przed koncertem we Wrocławiu, mając na myśli swój bardzo ograniczony czas po koncercie. Jednak skoro to piszę, nie do końca byłam tego samego zdania:) Fakt, że z różnych względów, ostateczną decyzję podjęłam dopiero w sobotę wieczorem i byłoto trochę zawirowane,  no ale powiedzcie sami czy mnie mogło tam nie być? Wrocław miasto naszego Artysty i w dodatku dzień po jego urodzinach? Niemożliwe! W tym miejscu dziękuję Ewie i Zbyszkowi, którzy byli tacy mili i zabrali mnie samochodem, po drodze :) Im się także  opłacało jechać  choć z Chojnic jest o wiele dalej do Wrocławia niż z Poznania.
 

Jak w większości wiecie, przygotowaliśmy Krzysztofowi na urodziny ciekawy prezent, tj. piosenkę do mojego tekstu, skomponowaną i zaśpiewaną przez Ewę, która także zrobiła całą aranżację i akompaniament i nagrała utwór w profesjonalnym studiu. Wszystko w dwa dni, po nagłym upadku poprzedniego projektu w ostatnim momencie. Całość okładką do własnego projektu opatrzyła Ola i w ten sposób powstał taki mały singielek. W każdym razie: wypadało taki szczególny prezent wręczyć jednak osobiście.

Do Wrocławia dotarliśmy bez problemów, znacznie gorzej było z poruszaniem się już w mieście, które jest zaskakująco chaotyczne jak na miasto Polski zachodniej (co później potwierdzili jego rdzenni mieszkańcy spotkani w teatrze), w dodatku bardzo rzadko można było spotkać drogowskazy czy nawet nazwy ulic momentami, a tzw. "informatorzy  pojawiali się i znikali jak widma, tym niemniej ostatecznie byli dość pomocni. Nasz hotel udało nam się znaleźć dość późno, i do Teatru Polskiego gdzie o 19.00 miał odbyć się koncert przybyliśmy o ......18.55:).  

Teatr Polski bardzo ładny, nowoczesny, duży budynek był już zapełniony publicznością. Miałyśmy miejsca na balkonie, co miało swoje plusy i minusy. Koncert rozpoczął się z kilkuminutowym opóźnieniem i bez żadnych zapowiedzi. Krzysztof, dla odmiany chyba, wyszedł na scenę razem z muzykami. Po już tradycyjnie pierwszym utworze: "I don't know where life's going"  powitał publiczność, mówiąc, że pomimo  mieszka o kilka kroków od Teatru Polskiego,  to dopiero teraz udaje mu się zaprezentować materiał z płyty "In the Room"  w swoim mieście i nie ukrywa, że ma tremę, dużą tremę.

I rzeczywiście w pierwszych 3 utworach było to trochę słychać w głosie. Ja słyszałam - mając porównanie z takimi koncertami jak w Piano Bar czy w Collegium Maius, ale dziewczynom, które  były na koncercie Krzysztofa pierwszy raz nic nie podpadło.Doskonale rozumiem to przejęcie, bo najtrudniej jest śpiewać dla swoich : mieszkańców Wrocławia no i grupki złożonej z rodziny i przyjaciół Artysty. Jednak gdy nastąpił "Lokator" atmosfera zrobiła wręcz gorąca. Ten utwór powinien dostać nagrodę Grammy dla koncertowych wersji utworów, gdyby takowa istniała. Po prostu porywa za każdym razem, ale publiczność wrocławska przyjęła go chyba najżywiej. Po każdej z rewelacyjnych solówek muzyków była krótka acz energetyczna owacja, w trakcie ludzie klaskali do rytmu, a na zakończenie poczułam się przez moment jak na koncercie wręcz rockowym!
.
Od tego momentu Krzysztof już był na 200 % pewien, jak go BARDZO tu kochają i śpiewał o wiele swobodniej. No, to tak trochę odetchnęłam z ulgą:) i przyznaję się bez bicia wyczekiwałam piosenek Sinatry i mojej ukochanej Kołysanki , która też była jednym z argumentów za wyjazdem do Wrocławia, skutecznie  prześladując mnie przez kilka dni. A jak mawiał Marek Niedźwiecki: na to jest tylko jedno lekarstwo: trzeba posłuchać. Niestety reedycja "In the Room"  dopiero za niecały tydzeń, więc nie miałam wyboru -  musiałam pojechać na koncert:) I albo tak bardzo chciałam ją usłyszeć albo Krzysztof jakoś bardzo szczególnie ją zaśpiewał (albo jedno i drugie:)), bo naprawdę nie wiedziałam gdzie jestem i co się wkoło dzieje przez te 2 min z czymś na oko (raczej ucho). Nie pamiętam kiedy mi się coś podobnego zdarzyło (w sensie do tego stopnia zapomnienia się w muzyce) ale pewnie....... kilkanaście lat temu!  Mam tylko jedno "ale" do tego utworu: JEST ZA KRÓTKI. Stanowczo za krótki.  

Piosenka Sinatry "There' s One for My Baby"  dostarczyła na pewno wszystkim, nie tylko mnie głębokich wzruszeń. Zawsze mam taki niedosyt i zawsze wtedy sobie marzę o takiej całej płycie z piosenkami Sinatry. Ach!  Ale, ale, ja zdaje się piszę relację z koncertu? Dobrze, więc "ad rem"  jak mawiali starożytni Rzymianie.

Koncert jak zwykle skończył się  za szybko  dla wszystkich, a burzliwa owacja nie pozwalała Artyście i muzykom odejść zbyt daleko od sceny. Pojawili się na niej jeszcze dwa razy aby wykonać przepięknie nostalgiczną wersję  "My Funny Valentine"  i  po raz drugi - osieroconą przez Kayah  "Prócz Ciebie nic". I to był nieubłagany koniec po którym zapalono światła a publiczność zaczęła wychodzić z sali.  Udałyśmy się więc też w kierunku wyjścia po drodze zastanawiając się gdzie tu w tym zawiłym budynku poszukać Krzysztofa.

Wizję miałyśmy przez niego zresztą przedstawioną, że będzie miał  parę minut tylko po koncercie więc należało się streszczać.  W tym momencie miałam niewątpliwą przyjemność poznania żony Krzysztofa Uli, przemiłej kobiety,  która sama do mnie podeszła poznawszy mnie na podstawie widzianych zdjęć. Zamieniłyśmy kilka zdań, po czym ona musiała iść do pozostałych gości, a my do Krzysztofa. Bardzo się cieszę, że miałam tę możliwość i w zasadzie miałam taką nadzieję, tylko później jakoś o tym zapomniałam. Opatrzność jednak nie zapomniała:)
 
Na dole w holu poinformowano nas, że Krzysztof ma specjalne miejsce gdzie będzie rozdawał autografy. Można by powiedzieć: "wydawał autografy" , bowiem był to taki półokrągły kontuar barowy wokół którego zebrało się....oooo dobre 200, 300 osób! Lekko nas ten widok  podłamał  w sensie wizji długiego oczekiwania na koniec tego tłumu, ale z drugiej strony było to imponujące. Nigdy nie widziałam aż tylu osób po autografy do Krzysztofa. No ale przecież to był Wrocław! I tym sposobem plan "paru minut po koncercie" nie wypalił, a ja szczerze podziwiałam naszego Artystę, po raz kolejny zresztą, ale po raz pierwszy przy tak dużej ilości osób; z jaką cierpliwością z każdym chwilę chociaż rozmawia, zupełnie jakby się nigdzie nie spieszył i jakby w ogóle nie był zmęczony. To oczekiwanie dało nam możliwość poznania się z grupką miejscowych fanów. Częściowo zaprezentowałyśmy im też piosenkę dla Krzysztofa.
 
A ja miałam także możliwość poznania osobiście Agaty -  szefa promocji z Kayaxu, która także współpracuje teraz z Krzysztofem. Znowu bardzo miłe wrażenie. I już na podstawie tej krótkiej naszej współpracy oraz tego spotkania mogę powiedzieć, że Krzysztof doczekał się wreszcie kompetentnej, konkretnej i jednocześnie bardzo serdecznej osoby współpracującej z nim najbliżej. I też mnie to bardzo cieszy.  

Kiedy wreszcie po ok. 30, 40 min. koło Krzysztofa było w miarę pusto podeszłyśmy z Ewą z prezentem i życzeniami.  Zaskoczenie było, że taki oryginalny prezent. Ewa nawet miała ze sobą discmana, ale to nie były warunki żeby na spokojnie wysłuchać piosenki, aczkolwiek spory fragment utworu został przez Jubilata odsłuchany. W tym czasie wszyscy wokoło zamarli w ciszy, co było lekko zabawne. Krzysztof tym niemniej jednak stwierdził, że on musi posłuchać tego na spokojnie jak będzie we Wrocławiu na dłużej, nie tak tylko przelotem. Tak, że tak naprawdę dopiero się dowiemy czy i jak bardzo się podobał nasz specyficzny prezent. Pozostali fani, też mieli możliwości chwili rozmowy, otrzymania  autografu czy zrobienia zdjęcia. Najszczęśliwsze były chyba dwie najmłodsze stażem fanki z Wrocławia Agnieszka i Kamila, które tuż przed koncertem we Wrocławiu zapisały się do naszego Fan Clubu. Wiecie, prowadzenie Fan Clubu  naprawdę daje satysfakcję z dawania innym radości.
 



No i koniec końców Agata  "zabrała"  Krzysztofa, bo jeszcze muzycy chcieli składać życzenia (oni jechali bezpośrednio do Warszawy i też musieli odczekać cały ten tłum + nas potem). Poza tym, co zrozumiałe Jubilat chciał spędzić choć kilka chwil wdomu  rodziną, przed poniedziałkowym wyjazdem do Warszawy na uroczystość wręczenia statuetki Elle dla Najbardziej Stylowego Muzyka.  

My natomiast w poniedziałek przedpołudniem, przy dużej pomocy Eweliny z Wrocławia (właściwie z Nowej Soli - teraz z Wrocławia) zobaczyliśmy Wrocław od jak najlepszej strony. Miasto jest urocze. Nie widzieliśmy dużo, bo tylko Rynek i Ostrów Tumski, ale to już daje pojęcie. Bardzo mi się podobały takie przejścia pod kamienicami na wylot, coś a la arkady. Ewa pstrykała zdjęcia jak jakaś amerykańska lub japońska turystka i było bardzo wesoło. I to jest następny punkt dla którego warto było przyjechać do Wrocławia.  

Naprawdę chętnie tu wrócę.

 

(Monika.S)

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Joomla Templates by Joomlashack