I znowu muszę się chwalić:)... czyli spotkanie w Empiku i koncert charytatywny na rzecz Stowarzyszenia Flos Iuvenum
Nie, żeby mnie to martwiło czy coś, ale wychodzi na to, że jak impreza, koncert w Poznaniu to maksymalnie udana. A wcale a wcale nie myślałam, że tak do końca będzie, a już na pewno nie że aż tak! Zacznijmy od tego, że generalnie miałam maksymalnie pechowy dzień i na to wszystko spadł śnieg w temperaturze plusowej, a Poznań wyglądał jak jedno wielkie bagno. Dlatego wszyscy mieszkańcy, którzy akurat musieli gdziekolwiek się dostać klęli bez ogródek na ulicy, głośno krytykując służby miejskie (które nawet gdyby stanęły na uszach nie dałyby rady w tym tempie pozbyć się nie śniegu, a błota i wody przecież - 15 cm miejscami). Moje nastroje nie były odmienne, tym bardziej, że gdy wychodziłam z Zamku gdzie pracuję, o włos nie oberwałam kupą topniejącego śniegu spadającą z dachu. Niestety oberwał częściowo jakiś pan, który nie miał najwyraźniej tak czujnego Anioła Stróża jak mój. W dodatku popsuły się tramwaje... Koszmar!
Empik
Tym niemniej, udało mi się potem dotrzeć na kilka minut po 17 do Empiku, gdzie już od progu rozpoznała mnie Ania z FC Zakopower, ale też miłośniczka talentu Krzysztofa, która to miała pełnić rolę fotoreportera uzbrojona w niezły sprzęt. Byłam zadowolona, że mam z kim pogadać w trakcie oczekiwania na artystów. Empik przygotował 3 oddzielne stanowiska: jedno dla Mosquito, drugie dla Marii Peszek i Sebastiana z Zakopower (zdecydowanie wylądowali najlepiej bo na kanapie) i trzecie dla Krzysztofa. Podczas naszej rozmowy z Anią miałyśmy okazję wysłuchać piosenki Marii Peszek "Moje miasto" i kilku utworów z płyty "In the Room" . Szkoda, że nie było Mosquito, bo już od kilku osób (w tym od Krzysztofa) słyszałam, że ciekawa muzyczka. Mogłyśmy też obserwować pracowników Empiku w akcji . Jeden pan z 3 plakatami KK minął nas z 5 razy i ostatecznie nigdzie ich nie powiesił ani nie położył:).
Jako pierwsi i punktualnie zjawili się Sebastian, Maria Peszek i Monika z Rafałem z Mosquito. Sebastian się przywitał i od razu nadał info, że Krzyśka nie ma bo jechali osobno i że pewnie w korku gdzieś utknęli z całą ekipą. Pani prowadząca imprezę zarządziła, że skoro nie ma Pana Kiljańskiego to poczekamy z autografami, a na razie sesja dla fotoreporterów. Jednak po jakimś czasie zmieniła zdanie i pozwoliła podejść sporej naprawdę grupce fanów.
W międzyczasie przeprowadziła też błyskawiczny konkurs, w którym odpowiadając na jedno pytanie można było wygrać płytę każdego z artystów. Fani Krzysztofa natomiast (całkiem spory ogonek, który się stale powiększał) musieli jeszcze poczekać na swojego idola ok. 15 min. Wykorzystałam czas, żeby promować trochę Fan Club rozdając kartki i wizytówki. Trochę też pogadaliśmy. Krzysztof zjawił się ok. 17.55 tłumacząc, że utknęli w korkach (jak dopowiedziała później Agata: pod Koninem). Fani we wszystkich trzech kolejkach - przeważnie młodzi, chociaż pamiętam pana z 60 lat który wygłosił niezły longplay do Sebastiana, którego ten wysłuchał z iśćie anielską cierpliwością. Aż dziw brał, że następni w kolejce się nie zbuntowali (może dlatego, że byli młodsi?). Sebastian w ogóle miał świetnie. Po pierwsze wylądował na kanapie, po drugie z Marią Peszek, a po trzecie przez cały czas miał przy sobie asystę pewnej fanki Zakopower, która nawet specjalnie dla niego upiekła babeczki:).
Fani Krzysztofa raczej ani longplayów nie wygłaszali, ani niczego nie upiekli:) tylko konkretnie i na temat mówili coś o płycie, chcieli autograf i na plakacie i na płycie i na kartce ode mnie oraz zdjęcie. Niektórzy spontanicznie pościągali z półki płyty "In the Room Special Edition" (przezornie ustawione przez Empik tuż obok stanowiska KK), żeby też dać od razu do podpisu. Jednym słowem moja wizja luzu w Empiku, o którym pisali fani w relacjach z innych miast, całkowicie się nie sprawdziła, a że ludzi było sporo to trwało i trwało.... Sprytni dziennikarze chcieli się wkręcić z wywiadami, ale KK stanowczo acz bardzo uprzejmie ich odesłał do czasu aż skończy się kolejka fanów. Brawo! Tak, że potem nastał czas dziennikarzy: sympatyczny chłopak z katolickiego Radia Emaus, który "nie przepuścił nikomu" i zrobił wywiad z każdym z artystów, tradycyjnie już lokalna stacja TV WTK i bodajże jakiś dziennikarz prasowy.
W międzyczasie jak bomba energetyczna wleciała Agata, żeby powoli wszystko i wszystkich zwijać. Spojrzałam na zegarek: 18.40! O 19.00 koncert, a my ciągle w Empiku! Gdy KK jeszcze rozmawiał z WTK Agata odebrała telefon, najprawdopodobniej od organizatorów koncertu, gdyż powiedziała: "Spokojnie, za 5 min wychodzimy z Empiku" . Odległość między Empikiem, a Aulą UAM to ok. 7 min pieszo. Agata stwierdziła, że pójdziemy, mam ich zaprowadzić. Nie był to do końca najlepszy pomysł, bo ciągle było to bagno na ulicy... Po drodze Agata odebrała następny telefon od zaniepokojonych organizatorów, jak już byliśmy o kilkanaście metrów od budynku UAM. KK był zdenerwowany, że koncert zacznie się z opóźnieniem no też tą pogodą, ale myślę że to wszystko co nastąpiło potem stukrotnie jemu te niedogodności wynagrodziło....
KONCERT
Po wejściu do budynku rozstaliśmy się ustalając wstępnie spotkanie po koncercie. Okazało się, że mam miejsce obok sympatycznego starszego pana, który też był sam. Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że to jeden z emerytowanych profesorów UAM. Bardzo sympatycznie i pogodnie opowiadał o dawnych zabawach w Auli UAM. "Przed wojną?" zapytałam. "Nie, za komuny!" Ponoć na Sylwestra u sufitu wisiała atrapa dzwonu który o północy spadał na tych co akurat tam się pod nim znaleźli na ok. 10 min. "Kto tam się załapał to tam się działo.... ", twierdził mój rozmówca:) Po chwili usłyszeliśmy gong (zupełnie jak w teatrze) i na scenę weszli prowadzący koncert, którzy po przywitaniu, przedstawili krótko historię powstania Stowarzyszenia Flos Iuvenum (co znaczy - Kwiat Młodzieży), które było organizatorem koncertu, z którego całkowity dochód zostanie przekazany w tym roku głównie na projekt "Mam talent",pomagający młodym ludziom z biedniejszych rodzin rozwijać talenty. Mnie poruszył fakt iż Stowarzyszenie powstało dzięki kilku zapaleńcom, wtedy jeszcze licealistom, którzy postanowili zrobić "coś" charytatywnie. Zaczęli zbierać dary dla biedniejszych dzieci. Odpowiedź na ich apel przeszła ich najśmielsze oczekiwania, dlatego później już jako studenci założyli stowarzyszenie Młodzi Młodym pod dzisiejszą nazwą Flos Iuvenum. Moja refleksja: wystarczy chcieć i można trochę chociaż zmienić świat na lepsze... Dzisiaj Stowarzyszenie jest liczne, i było także licznie obecne na koncercie w Auli UAM , zapełnionej prawie po brzegi.
Po tym wstępie nastąpiła zapowiedź Krzysztofa wraz z zespołem i już po chwili ujrzeliśmy na scenie muzyków, którzy tradycyjnie zaczęli od Intro do "I don' t know where life' s going" . Następnie witany oklaskami wkroczył na scenę Krzysztof i zabawa zaczęła się już na dobre...Przepiękna Aula UAM kameralnie oświetlona, na scenie choinki... klimat był. Artysta przywitał się z nami wyrażając swoją radość z kolejnego występu w Poznaniu i to "W tak pięknej sali, która podobno ma najlepszą akustykę w Polsce" (no, mój nauczyciel muzyki mówił że w Europie nawet:)).
Popłynęły kolejne utwory z "In the Room" , a ja siedziałam jak zaczarowana nie mogąc pojąć jak ten człowiek to robi! Przecież widziałam jaki był zmęczony, jeszcze potem te nerwy z tą pogodą i spóźnieniem, a tymczasem na scenie prezentuje się jak Artysta światowej klasy i nie mam pojęcia skąd nagle ma tyle siły i tyle emocji w głosie. To chyba jakieś czary! W takich momentach jak ten, błogosławię ten moment, w którym zdecydowałam się na prowadzenie Fan Clubu i wręcz jestem dumna, że znam osobiście kogoś z TAKIM talentem. I być może takie momenty wynagradzają różne inne przydarzające się zgrzyty ... Dodatkowo ten koncert był, jakoś tak od pierwszej chwili inny. Brzmienie i muzyków tego jedynego w swoim rodzaju głosu było takie jak nigdy przedtem. Słuchajcie, przecież ja naprawdę byłam na iluś koncertach. Za każdym razem jest inaczej i za każdym razem mi się bardzo podoba, ale tutaj oni wszyscy przeszli chyba samych siebie, co najwyraźniej słychać było oczywiście w "Lokatorze" , gdzie w solówce każdy muzyk jest wyeksponowany.
Gdy patrzyłam na Piotra Matuszczyka wydawało mi się ze te klawisze, w które z tak pasją uderza już dawno fruwają pod sufitem Aulii i jakimś cudem grają same, Bartek na swojej gitarze tak rewelacyjnie pasjonujący dialog prowadził z perkusistą Mariuszem, że prawie wiedziałam o czym rozmawiali :), Witek jak zwykle "odleciał" na swojej gitarze....i jak " Lokator" koncertowy zawsze robi wrażenie tak teraz mnie po prostu zaszokował... Oczywiście utwór tradycyjnie został nagrodzony gorącą owacją publiczności. Jeszcze coś bardzo dziwnego i nietypowego się stało ze mną przy pewnym utworze, za który przyznaję, normalnie nie przepadam...Otóż chodzi o "Center of Time" , który sprawił, że jak to mówią "zakręciła mi się łza w oku" . To mi się naprawdę często nie zdarza, a już na pewno nie podejrzewałabym siebie, że stanie się tak przy tej piosence! Dlaczego? Dlatego, że usłyszałam niebywały smutek i głęboką tęsknotę! Właśnie tak. W ten sposób tego utworu Krzysztof nigdy przedtem nie zaśpiewał, tak bardzo mocno emocjonalnie. Tego nigdy nie zapomnę. W ogóle nasz Artysta śpiewał tak... określiłabym to "na całość" , czyli przejmująco, na luzie i z ogromnym powerem.
W koncercie była ok. 10 minutowa przerwa, w której można było kupić losy do loterii fantowej oczywiście też na rzecz podopiecznych Stowarzyszenia jak również skorzystać z poczęstunku przygotowanego przez jednego ze sponsorów koncertu pewną cukiernię poznańską. Ja spotkałam się z Monika z Poznania, też z Fan Clubu. W holu był taki tłok jak w tramwaju w godzinach szczytu, dosłownie trudno było się ruszyć...
Po przerwie znalazłam się ponownie obok mojego sympatycznego sąsiada i zapytałam jak mu się podoba koncert. "Orkiestra jest dobra, ale dlaczego wszystko w obcym języku?" - odpowiedział. Pocieszyłam go że będą kolędy, a to będzie po polsku i że następna płyta też ma być w większości po polsku.
Na scenie pojawili się ponownie prowadzący koncert i przeprowadzili losowanie głównych nagród loterii fantowej, m.in. kuchenek mikrofalowych i 2 zestawów atrakcyjnej biżuterii pewnej słynnej poznańskiej firmy jubilerskiej. Nagrody losowali: 6-letni Wojtek i Krzysztof Kiljański, który powiedział: "Po raz pierwszy występuję w jakże zaszczytnej roli - sierotki". Niesamowity był moment kiedy to pani, która wygrała główną nagrodę - zestaw biżuterii właśnie - spontanicznie oddała go na rzecz Stowarzyszenia na ręce Magdy (prowadzącej też koncert), którą ten gest, jak i wszystkich bardzo wzruszył. Bliżej nam nieznana pani zeszła ze sceny przy wtórze burzliwych oklasków.
Nastąpiła druga część koncertu. Krzysztof wykonał na początek "Od Świąt do Świąt" , który bardzo przypadł do gustu publiczności oraz dwie kolędy: "Mizerna cicha" i "Gdy się Chrystus rodzi" . Po czym wrócił do pozostałych "jesiennych piosenek" z "In the Room". Nie zabrakło oczywiście "Kołysanki" i utworów Franka Sinatry. "My Funny Valentine" został wykonany na bis po niesamowitej owacji na stojąco jaką zgotowała KK i jego muzykom poznańska publiczność. Nie przesadzę w ani calu jeśli napiszę, że ostatnio takie oklaski i krzyki słyszałam na koniec koncertu Simply Red w Sopocie.
Po koncercie Krzysztof miał się pojawić w holu i podpisywać płyty i plakaty. Ustawiła się kolejka ok. 20 osób i cierpliwie czekała, 5, 10 min.... Niektórzy zaczęli powątpiewać czy artysta się pojawi, ale ich uspokoiłam, że jeśli tak powiedział to na pewno będzie. No i był po następnych 5 min. Na co reakcją było dwukrotne powiększenie się kolejki. Tego nie przewidziałam, chyba z 60 osób. Kartki i wizytówki FC się skończyły. Czekając rozmawiałam z Agatą i Moniką. Agata oświadczyła, że to tak trwało, bo oni wszyscy nie mogli się uspokoić wzajemnie sobie gratulując tak świetnego koncertu i wszyscy zgodnie twierdzili, że był to NAJLEPSZY KONCERT JAKI KIEDYKOLWIEK ZAGRALI! Dlatego zapewne nie usłyszałam sakramentalnego już pytania Krzysztofa: "I jak było?" , a na moje stwierdzenie, że było rewelacyjnie odpowiedział cały szczęśliwy:" No nie? :)" Jeszcze pamiątkowe zdjęcie Krzysztofa ze stowarzyszeniem i Artysta z Agatą musieli znikać na umówioną kolację z jednym ze sponsorów. Tym niemniej umówiliśmy się na niedzielę, ale o tym już w innej relacji...
Wyszłyśmy z Moniką z Aulii pełne wrażeń o godz. 22.30. I wtedy "napadł nas" swoim spontanicznym powitaniem Piotrek Matuszczyk, który był w trakcie pakowania sprzętu do busa. Wyraził radość z powodu ponownego ujrzenia swojej dawnej uczelni: Akademii Muzycznej w Poznaniu mieszczącej się dokładnie naprzeciwko UAM. Okazało się, że spędził w Poznaniu aż 17 lat! To teraz wiadomo skąd biorą się tacy rewelacyjni pianiści - z Poznania po prostu:)
I tak mniej więcej skończył się ten jakże pełen wszelakich wrażeń dzień....